Pewnie się będziecie teraz dziwić, ale... Co my tu mamy? Czyżby... Nie, to chyba niemożliwe... Może jednak? Tak, to Anahi! Wiem, że bardzo długo tego nie dodawałam. Wiem, że pewnie się na mnie o to złościcie, ale czasem nie mam siły nawet żyć :p Dzisiaj postaram się zrobić to tak długie, na jakie pozwoli mi siła. Wszystko już mnie ostatnio męczy i mam nadzieję, że przejdzie. Nie będę Wam zrzędzić w poście, który przeznaczony jest na opowiadanie, więc ... just enjoy :D
Anahi patrzyła na kłapiącego zębiskami wilka. 'To nie Noah' pomyślała. Wyglądał tak samo, ale to nie był on. Wiedziała to instynktownie i nic, ani nikt, nie zmieniłby tego przekonania. Po prostu by nie dał rady. Mimo, że wiedziała jak realne jest zagrożenie, nie bała się o siebie. Bała się o niego. Krzyknęła, kiedy Tea stanęła dęba, łapiąc się grzywy. Przylgnęła do niej najmocniej jak umiała, byleby nie spaść i nie pogruchotać sobie kości. Oddychała płytko i szybko, nie wiedząc co robić. 'Mów do niej' usłyszała. Wcale nie zdziwiło ją, że opuściła swoje mentalne bariery. Widocznie podświadomie szukała pomocy wszędzie, gdzie tylko mogła. Chyba każdy na jej miejscu postąpiłby tak samo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legenda Słowika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legenda Słowika. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 marca 2015
sobota, 30 sierpnia 2014
Legenda Słowika (10)
Ostatnio mało piszę, bo mam kryzys twórczy i wewnętrzny, za co z góry przepraszam. Dopiero teraz zaczęłam wątpić w siebie i swoje umiejętności, ale mam nadzieję, że to przejdzie. Dzisiejszy rozdział trochę będzie się różnił, bo z punktu widzenia Noah się czegoś dowiemy :) Zapraszam więc
Noah nie wiedział co nim pokierowało, żeby tak postąpić. Nagle poczuł ogromną potrzebę, żeby jej dotknąć, być bliżej. Nie mógł się temu oprzeć. Była w końcu taka piękna, nawet ze świeżymi jeszcze śladami łez na policzkach. Nie nosiła makijażu, więc nie zamieniła się nagle w straszną wiedźmę, a jej oczy tylko nabrały blasku od płaczu. Mimo to, nigdy więcej nie chciał widzieć, żeby płakała.
'O czym ty myślisz, stary?!' zganił się w myślach, wściekły. Kiedy wbiegł pomiędzy drzewa, kompletnie nie przejmując się kierunkiem, czy gęstą ciemnością, w głowie kołatała mu jedna, uporczywa myśl 'Ona cię nie chce!'. Zastanawiał się, czemu aż tak bardzo go to zabolało, przecież miał ją tylko wykorzystać. Sprawdzić coś. Może to wina pełni, która jest bliżej, niż by tego chciał. Będzie musiał wrócić wtedy do stada, choć ani trochę mu się to nie uśmiechało.
Postanowił załatwić to już teraz. Zostać z nimi przez parę dni i się uspokoić, ochłonąć. Porozmawiać o wszystkim i o niczym, zobaczyć matkę. Zatrzymał się, rozglądając dookoła. Wokół niego nie było nic, poza przyrodą. Wysokie drzewa pięły się pod niebo, zasłaniając księżyc i gwiazdy, choć wiadomo było, że one tam są. Na ziemi leżały liście i najrozmaitsze igliwie, gdzieniegdzie przemknęła jakaś wiewiórka, albo mniej tchórzliwy lis. Nawet zwierzęta się go bały, to oczywiste - w końcu był drapieżnikiem.
Westchnął jakby ze znużeniem i zdjął z siebie koszulę, po czym złożył ją w kostkę i odłożył na chwilę na ziemię. Tak samo postąpił z czarną koszulką, ale spodniami to już się zbytnio nie przejął. Pewnie dziewczyna i tak się nie zdenerwuje, w razie czego może je odkupić - ma dużo pieniędzy do dyspozycji. Uklęknął na ziemi i spojrzał przed siebie. Zaczął szukać w sobie tego nieodłącznego pierwiastka, który zawsze krył się zaraz pod powierzchnią i czynił go wilkokształtnym. Nie musiał długo czekać.
Bestia odpowiedziała na jego wezwanie niemal natychmiast, napinając skórę i wszystkie mięśnie. Dzięki wilkowi wewnątrz miał idealnie wyrobione ciało i nie musiał też przejmować się niezdrowym jedzeniem. W sumie to i bez tego pewnie by się nie przejmował. Zgiął się w pół, ale nie z bólu, a z ekscytacji, która towarzyszyła przemianie. Czuł jak jego ciało się przekształca, jak zmienia się w stworzenie lasu i wciągnął powietrze między zaciśniętymi zębami.
Zaczął się trząść, kiedy kości zaczęły się przemieszczać, a skórę porosło futro. Krzyknął radośnie, po chwili już stojąc na czterech łapach i tryumfująco zawył do księżyca. Uwielbiał tę formę, która dawała mu nieograniczoną wolność, pozwalała na bycie sobą i tylko sobą. Powęszył chwilę w powietrzu i zawrócił, stado powinno teraz wrócić na swoje tereny, żeby spotkać się z tymi, którzy tylko odwiedzają watahę, tak jak on. Było to dobre rozwiązanie, nie musiał walczyć z nikim o dominację, a pewnie wielu byłoby chętnych spróbować. Jemu nie było to w smak, bawić się w tę całą watahę, prowadzenie stada i dbanie o nie. Nie był wystarczająco odpowiedzialny. Ba! Nie był wcale.
Potrząsnął łbem, skupiając się z powrotem na tętencie łap o twarde podłoże. Na wietrze muskającym jego gęste futro, przeczesującym je jak delikatne palce. Zadrżał, przeskakując pień zwalonego drzewa. Brakowało mu tej siły mięśni, sprężystości i łatwości, z jaką biegł. Zaczął przyspieszać, testując swoją wytrzymałość. Świat wokół się rozmazywał, drzewa przemykały przed oczami, ale nic się nie liczyło. Tylko pęd, to ekstatyczne uczucie, które narastało w nim z prędkością światła. Nagle ją wyczuł. Zatrzymał się w miejscu tak szybko, że aż przysiadł na zadzie. Zawrócił łeb, a jego zielono-złote oczy zabłysły niebezpiecznie.
Stała na skraju polany, którą minął. Nie zauważyła nic. Cudownie. Schylona głowa, rozluźniona sylwetka, idealna sytuacja. Zaczął się skradać, nie spuszczając jej z oczu nawet na sekundę. Powoli wywiesił język i oblizał się, był bardzo głodny. Szedł wręcz przytulając brzuch do podłoża, omijając większe gałęzie, które mogłyby go zdradzić. W końcu rzucił się na nią, a ona zdumiona podniosła łeb. Sarna nie miała szans. Próbowała uciekać, lecz dystans był zbyt mały, a on miał jeszcze bardzo dużo siły. Zdecydowanie zbyt szybko zatopił kły w szyi łani, czując jak gorąca krew spływa mu po pysku. Zabrał ją z tego świata. Takie było prawo jego świata, zabij - albo zostaniesz zabity.
Kłami rozrywał skórę, próbując dostać się do parującego, gorącego mięsa. Boskie uczucie, które mu towarzyszyło sprawiało, że mruknął z zadowoleniem i wgryzł się głęboko w łopatkę swojej ofiary.W tym momencie nie był sobą. Kontrolę przejęła druga natura, nad którą każdy z nich musiał panować praktycznie cały czas, bo ryzyko utracenia siebie było ogromne. Noah po raz pierwszy pozwolił sobie wypuścić prawdziwego wilka na wolność i nie żałował tego. Poczuł się wolny, wreszcie mógł odpocząć. Zapadł w sen.
Jego zmienione ciało biegło przed siebie, węsząc i szukając tropu stada. Wyczuł coś innego. Nos wilka przykleił się wręcz do podłoża, a ciało biegło. Pędziło na złamanie karku, choć pierwszy głód został zaspokojony, to natura śpiewała, ciesząc się polowaniem. To był jego świat, Noah wewnątrz uśmiechnął się, pozwalając zwierzęciu królować. Nie rozumiał gdzie biegł, w innym wypadku pewnie by zawrócił.
Miękkie poszycie tłumiło dźwięki, więc nie dało się słyszeć, że się zbliża. Umysł chłopaka także był zagłuszony przez "myśli" dzikiego zwierzęcia. Nikt nie wyczuł zagrożenia. Wilk o jasnym umaszczeniu wyskoczył na drogę dwóch koni. Od razu powstał gwar i harmider, wierzchowce spłoszyły się i stanęły dęba, gotowe atakować kopytami. Brat wilk Noah nie miał szans i wyczuł to od razu. Zawarczał wściekle, chcąc mimo to walczyć. Mimo sytego posiłku wcześniej, nic nie mogło go powstrzymać. To był instynkt, natura, pradawne natchnienie.
Ktoś krzyczał, ale duży, piaskowy basior nie rozumiał słów, kojarzył tylko barwę, lecz wszystko przesłaniała mu teraz czerwona mgiełka. Wściekł się bez konkretnego powodu, nie pozwalając wrócić do siebie zaniepokojonemu Noah. Wewnątrz jego umysły rozpoczęła się walka, pojedynek zwierzęcia i człowieka, który bardzo często jest ceną spuszczenia go z łańcucha. Coś takiego nie powinno się stać, ponieważ wynik często był negatywny dla osoby, która się tego dopuściła. Chłopak nie zamierzał się poddać. Wielkie cielsko rzucało się w te i we w tę, nie mogąc się zdecydować kogo posłuchać.
Ogólne zamieszanie powiększyło się jeszcze bardziej, gdy na drogę wypadły kolejne trzy wilki. Dwa rzuciły się w stronę koni, wcale nie chcąc ich atakować, a jeden skoczył na Noah i przygwoździł go do ziemi. Warczał i kłapał szczęką tuż przy jego uchu.
- Uspokój się - usłyszał nagle głos. Wcale nie chciał się mu poddawać, ale postanowił to zrobić. Nie wiedział, czy sam sobie poradzi.
- Dam sobie radę - charknął w odpowiedzi.
- Nie dasz, wilk przejął kontrolę - głos stawał się bardziej natarczywy i jakby napierał na jego umysł. Bestia zaczęła wycofywać się do tyłu. Taką właśnie moc miał w sobie basior alfa.
Noah upadł na ziemię, oddychając głośno i sapiąc. Kończyny miał wiotkie od ogromnego wysiłku, nie było mu łatwo. Kiedy uniósł powieki, zobaczył dwa konie, na które uprzednio się rzucił. Stały już spokojnie, a obok nich Ralph rozmawiał z Kai'em, który patrzył na niego gniewnie i posępnie. Obok ujrzał Anahi, której oczy wielkie jak spodek wpatrywały się w niego ze strachem. Doprawdy, była piękna nawet gdy się bała.
Dopiero po chwili dotarło do niego co wywołało ten wyraz w jej oczach i skrzywienie na twarzy. On. To on ją przerażał. Wściekł się na siebie jeszcze bardziej i poderwał się na łapy, kierując w stronę watahy. Wiedział, że tam była, wyczuwał ją. Całkiem niedaleko. Nie zważał na protesty alfy, ani warknięcia pozostałych dwóch wilków. Popędził przed siebie.
W myślach miał zamęt, nie mógł określić co ze sobą zrobić. Nie mógł się skupić. To wszystko było trudne i pokręcone, całkiem nielogiczne. Chciał już być w domu, przy rodzinie. Choć jednego jej członka pozostawił za sobą. Kiedy wypadł na polanę, jego matka już tam stała. Wyszła mu na przeciw, tuląc się do miękkiego futra, teraz lepiącego się od szybkiego biegu. Nie musiał nic mówić, wiedziała, że coś jest nie tak. Spojrzała na niego swoimi zielonymi oczyma z pionowymi źrenicami i westchnęła lekko. Zauważył, że na szyi przybyło jej łusek. Będzie musiała niedługo zmienić skórę.
Zaśmiał się gorzko w myślach, przypominając sobie jak kiedyś patrzyli na nich rówieśnicy. Ojciec wilkołak, matka wężoskóra. On był hybrydą, choć większość przypadło mu wilczych genów, chwała naturze! Powoli zmienił postać, krzywiąc się, kiedy kości wracały na swoje miejsce. Kobieta odwróciła się, chcąc dać mu choć trochę prywatności. Ubrał się powoli, znajdując w kryjówce w krzakach spodenki khaki. Cóż, musi wystarczyć.
- Mamo, skąd wiedziałaś?
- Czuję kiedy moje dzieci mnie potrzebują, przecież wiesz - uśmiechnęła się lekko, lecz po chwili spoważniała. - Jednak nie mogę uwierzyć, że wypuściłeś go na zewnątrz. Twój ojciec bardzo się zmartwił, sam musiał biec ci na ratunek. Nie możesz popełniać znów takich głupstw, co było tego powodem? Wiem, że nie zrobiłbyś tego ot tak.
- Miałem mętlik w głowie - mruknął po chwili, nie wiedząc ile może matce powiedzieć. Choć może jako kobieta by zrozumiała? Zresztą była jego rodzicielką. - To chyba przez zbliżającą się pełnię. I dziewczynę...
- Dziewczynę? - syknęła zdumiona. - Zostajesz na ten tydzień, prawda?
- Prawda, zostaje - powiedział jego ojciec wyłaniając się z lasu za nimi. - Musi ochłonąć, przemyśleć parę spraw i się uspokoić. Przestraszyłeś ją, wiesz o tym?
- Wiem, tato - warknął sfrustrowany. Co miał zrobić? Przepraszać?
- Ralph, musisz mi wszystko opowiedzieć - stwierdziła jego matka.
- Sammy, spokojnie - stwierdził starszy wilkołak. Westchnął głęboko. - Kai zabiera ją do ich królestwa, zawołaj Charlie, trzeba ją tam posłać.
- Tak jest, tatusiu - dziewczyna wychynęła nawet nie wiadomo skąd. Jej jasne włosy połyskiwały, a oczy identyczne jak matki błyszczały inteligencją. Spomiędzy warg wysunął się lekko rozdwojony jak u węża język. - Znajdę się tam jeszcze przed nimi.
No więc, trochę krótko, ale to chyba nic. Wolę opowiadać co się dzieje u Anahi, Noah musi być po prostu sobą, czyli teraz trochę odpocząć. Widzę, że spodobało Wam się 'Nie rozmawiaj...' - 128 wyświetleń wow wow wow. Przeżyłam wielki szok, serio. Szkoda, że prawie nikt nie odważył się skomentować. No ale skoro tak się sprawy mają, to właśnie to będzie następne w kolejności, potem wpada smok Saah i jego Charlotte, czyli W Mroku :) Dajcie znać pod spodem czy się podobało!
Pozdrawiam, Nari
<<Poprzednia część Następna część>>
Noah nie wiedział co nim pokierowało, żeby tak postąpić. Nagle poczuł ogromną potrzebę, żeby jej dotknąć, być bliżej. Nie mógł się temu oprzeć. Była w końcu taka piękna, nawet ze świeżymi jeszcze śladami łez na policzkach. Nie nosiła makijażu, więc nie zamieniła się nagle w straszną wiedźmę, a jej oczy tylko nabrały blasku od płaczu. Mimo to, nigdy więcej nie chciał widzieć, żeby płakała.
'O czym ty myślisz, stary?!' zganił się w myślach, wściekły. Kiedy wbiegł pomiędzy drzewa, kompletnie nie przejmując się kierunkiem, czy gęstą ciemnością, w głowie kołatała mu jedna, uporczywa myśl 'Ona cię nie chce!'. Zastanawiał się, czemu aż tak bardzo go to zabolało, przecież miał ją tylko wykorzystać. Sprawdzić coś. Może to wina pełni, która jest bliżej, niż by tego chciał. Będzie musiał wrócić wtedy do stada, choć ani trochę mu się to nie uśmiechało.
Postanowił załatwić to już teraz. Zostać z nimi przez parę dni i się uspokoić, ochłonąć. Porozmawiać o wszystkim i o niczym, zobaczyć matkę. Zatrzymał się, rozglądając dookoła. Wokół niego nie było nic, poza przyrodą. Wysokie drzewa pięły się pod niebo, zasłaniając księżyc i gwiazdy, choć wiadomo było, że one tam są. Na ziemi leżały liście i najrozmaitsze igliwie, gdzieniegdzie przemknęła jakaś wiewiórka, albo mniej tchórzliwy lis. Nawet zwierzęta się go bały, to oczywiste - w końcu był drapieżnikiem.
Westchnął jakby ze znużeniem i zdjął z siebie koszulę, po czym złożył ją w kostkę i odłożył na chwilę na ziemię. Tak samo postąpił z czarną koszulką, ale spodniami to już się zbytnio nie przejął. Pewnie dziewczyna i tak się nie zdenerwuje, w razie czego może je odkupić - ma dużo pieniędzy do dyspozycji. Uklęknął na ziemi i spojrzał przed siebie. Zaczął szukać w sobie tego nieodłącznego pierwiastka, który zawsze krył się zaraz pod powierzchnią i czynił go wilkokształtnym. Nie musiał długo czekać.
Bestia odpowiedziała na jego wezwanie niemal natychmiast, napinając skórę i wszystkie mięśnie. Dzięki wilkowi wewnątrz miał idealnie wyrobione ciało i nie musiał też przejmować się niezdrowym jedzeniem. W sumie to i bez tego pewnie by się nie przejmował. Zgiął się w pół, ale nie z bólu, a z ekscytacji, która towarzyszyła przemianie. Czuł jak jego ciało się przekształca, jak zmienia się w stworzenie lasu i wciągnął powietrze między zaciśniętymi zębami.
Zaczął się trząść, kiedy kości zaczęły się przemieszczać, a skórę porosło futro. Krzyknął radośnie, po chwili już stojąc na czterech łapach i tryumfująco zawył do księżyca. Uwielbiał tę formę, która dawała mu nieograniczoną wolność, pozwalała na bycie sobą i tylko sobą. Powęszył chwilę w powietrzu i zawrócił, stado powinno teraz wrócić na swoje tereny, żeby spotkać się z tymi, którzy tylko odwiedzają watahę, tak jak on. Było to dobre rozwiązanie, nie musiał walczyć z nikim o dominację, a pewnie wielu byłoby chętnych spróbować. Jemu nie było to w smak, bawić się w tę całą watahę, prowadzenie stada i dbanie o nie. Nie był wystarczająco odpowiedzialny. Ba! Nie był wcale.
Potrząsnął łbem, skupiając się z powrotem na tętencie łap o twarde podłoże. Na wietrze muskającym jego gęste futro, przeczesującym je jak delikatne palce. Zadrżał, przeskakując pień zwalonego drzewa. Brakowało mu tej siły mięśni, sprężystości i łatwości, z jaką biegł. Zaczął przyspieszać, testując swoją wytrzymałość. Świat wokół się rozmazywał, drzewa przemykały przed oczami, ale nic się nie liczyło. Tylko pęd, to ekstatyczne uczucie, które narastało w nim z prędkością światła. Nagle ją wyczuł. Zatrzymał się w miejscu tak szybko, że aż przysiadł na zadzie. Zawrócił łeb, a jego zielono-złote oczy zabłysły niebezpiecznie.
Stała na skraju polany, którą minął. Nie zauważyła nic. Cudownie. Schylona głowa, rozluźniona sylwetka, idealna sytuacja. Zaczął się skradać, nie spuszczając jej z oczu nawet na sekundę. Powoli wywiesił język i oblizał się, był bardzo głodny. Szedł wręcz przytulając brzuch do podłoża, omijając większe gałęzie, które mogłyby go zdradzić. W końcu rzucił się na nią, a ona zdumiona podniosła łeb. Sarna nie miała szans. Próbowała uciekać, lecz dystans był zbyt mały, a on miał jeszcze bardzo dużo siły. Zdecydowanie zbyt szybko zatopił kły w szyi łani, czując jak gorąca krew spływa mu po pysku. Zabrał ją z tego świata. Takie było prawo jego świata, zabij - albo zostaniesz zabity.
Kłami rozrywał skórę, próbując dostać się do parującego, gorącego mięsa. Boskie uczucie, które mu towarzyszyło sprawiało, że mruknął z zadowoleniem i wgryzł się głęboko w łopatkę swojej ofiary.W tym momencie nie był sobą. Kontrolę przejęła druga natura, nad którą każdy z nich musiał panować praktycznie cały czas, bo ryzyko utracenia siebie było ogromne. Noah po raz pierwszy pozwolił sobie wypuścić prawdziwego wilka na wolność i nie żałował tego. Poczuł się wolny, wreszcie mógł odpocząć. Zapadł w sen.
Jego zmienione ciało biegło przed siebie, węsząc i szukając tropu stada. Wyczuł coś innego. Nos wilka przykleił się wręcz do podłoża, a ciało biegło. Pędziło na złamanie karku, choć pierwszy głód został zaspokojony, to natura śpiewała, ciesząc się polowaniem. To był jego świat, Noah wewnątrz uśmiechnął się, pozwalając zwierzęciu królować. Nie rozumiał gdzie biegł, w innym wypadku pewnie by zawrócił.
Miękkie poszycie tłumiło dźwięki, więc nie dało się słyszeć, że się zbliża. Umysł chłopaka także był zagłuszony przez "myśli" dzikiego zwierzęcia. Nikt nie wyczuł zagrożenia. Wilk o jasnym umaszczeniu wyskoczył na drogę dwóch koni. Od razu powstał gwar i harmider, wierzchowce spłoszyły się i stanęły dęba, gotowe atakować kopytami. Brat wilk Noah nie miał szans i wyczuł to od razu. Zawarczał wściekle, chcąc mimo to walczyć. Mimo sytego posiłku wcześniej, nic nie mogło go powstrzymać. To był instynkt, natura, pradawne natchnienie.
Ktoś krzyczał, ale duży, piaskowy basior nie rozumiał słów, kojarzył tylko barwę, lecz wszystko przesłaniała mu teraz czerwona mgiełka. Wściekł się bez konkretnego powodu, nie pozwalając wrócić do siebie zaniepokojonemu Noah. Wewnątrz jego umysły rozpoczęła się walka, pojedynek zwierzęcia i człowieka, który bardzo często jest ceną spuszczenia go z łańcucha. Coś takiego nie powinno się stać, ponieważ wynik często był negatywny dla osoby, która się tego dopuściła. Chłopak nie zamierzał się poddać. Wielkie cielsko rzucało się w te i we w tę, nie mogąc się zdecydować kogo posłuchać.
Ogólne zamieszanie powiększyło się jeszcze bardziej, gdy na drogę wypadły kolejne trzy wilki. Dwa rzuciły się w stronę koni, wcale nie chcąc ich atakować, a jeden skoczył na Noah i przygwoździł go do ziemi. Warczał i kłapał szczęką tuż przy jego uchu.
- Uspokój się - usłyszał nagle głos. Wcale nie chciał się mu poddawać, ale postanowił to zrobić. Nie wiedział, czy sam sobie poradzi.
- Dam sobie radę - charknął w odpowiedzi.
- Nie dasz, wilk przejął kontrolę - głos stawał się bardziej natarczywy i jakby napierał na jego umysł. Bestia zaczęła wycofywać się do tyłu. Taką właśnie moc miał w sobie basior alfa.
Noah upadł na ziemię, oddychając głośno i sapiąc. Kończyny miał wiotkie od ogromnego wysiłku, nie było mu łatwo. Kiedy uniósł powieki, zobaczył dwa konie, na które uprzednio się rzucił. Stały już spokojnie, a obok nich Ralph rozmawiał z Kai'em, który patrzył na niego gniewnie i posępnie. Obok ujrzał Anahi, której oczy wielkie jak spodek wpatrywały się w niego ze strachem. Doprawdy, była piękna nawet gdy się bała.
Dopiero po chwili dotarło do niego co wywołało ten wyraz w jej oczach i skrzywienie na twarzy. On. To on ją przerażał. Wściekł się na siebie jeszcze bardziej i poderwał się na łapy, kierując w stronę watahy. Wiedział, że tam była, wyczuwał ją. Całkiem niedaleko. Nie zważał na protesty alfy, ani warknięcia pozostałych dwóch wilków. Popędził przed siebie.
W myślach miał zamęt, nie mógł określić co ze sobą zrobić. Nie mógł się skupić. To wszystko było trudne i pokręcone, całkiem nielogiczne. Chciał już być w domu, przy rodzinie. Choć jednego jej członka pozostawił za sobą. Kiedy wypadł na polanę, jego matka już tam stała. Wyszła mu na przeciw, tuląc się do miękkiego futra, teraz lepiącego się od szybkiego biegu. Nie musiał nic mówić, wiedziała, że coś jest nie tak. Spojrzała na niego swoimi zielonymi oczyma z pionowymi źrenicami i westchnęła lekko. Zauważył, że na szyi przybyło jej łusek. Będzie musiała niedługo zmienić skórę.
Zaśmiał się gorzko w myślach, przypominając sobie jak kiedyś patrzyli na nich rówieśnicy. Ojciec wilkołak, matka wężoskóra. On był hybrydą, choć większość przypadło mu wilczych genów, chwała naturze! Powoli zmienił postać, krzywiąc się, kiedy kości wracały na swoje miejsce. Kobieta odwróciła się, chcąc dać mu choć trochę prywatności. Ubrał się powoli, znajdując w kryjówce w krzakach spodenki khaki. Cóż, musi wystarczyć.
- Mamo, skąd wiedziałaś?
- Czuję kiedy moje dzieci mnie potrzebują, przecież wiesz - uśmiechnęła się lekko, lecz po chwili spoważniała. - Jednak nie mogę uwierzyć, że wypuściłeś go na zewnątrz. Twój ojciec bardzo się zmartwił, sam musiał biec ci na ratunek. Nie możesz popełniać znów takich głupstw, co było tego powodem? Wiem, że nie zrobiłbyś tego ot tak.
- Miałem mętlik w głowie - mruknął po chwili, nie wiedząc ile może matce powiedzieć. Choć może jako kobieta by zrozumiała? Zresztą była jego rodzicielką. - To chyba przez zbliżającą się pełnię. I dziewczynę...
- Dziewczynę? - syknęła zdumiona. - Zostajesz na ten tydzień, prawda?
- Prawda, zostaje - powiedział jego ojciec wyłaniając się z lasu za nimi. - Musi ochłonąć, przemyśleć parę spraw i się uspokoić. Przestraszyłeś ją, wiesz o tym?
- Wiem, tato - warknął sfrustrowany. Co miał zrobić? Przepraszać?
- Ralph, musisz mi wszystko opowiedzieć - stwierdziła jego matka.
- Sammy, spokojnie - stwierdził starszy wilkołak. Westchnął głęboko. - Kai zabiera ją do ich królestwa, zawołaj Charlie, trzeba ją tam posłać.
- Tak jest, tatusiu - dziewczyna wychynęła nawet nie wiadomo skąd. Jej jasne włosy połyskiwały, a oczy identyczne jak matki błyszczały inteligencją. Spomiędzy warg wysunął się lekko rozdwojony jak u węża język. - Znajdę się tam jeszcze przed nimi.
No więc, trochę krótko, ale to chyba nic. Wolę opowiadać co się dzieje u Anahi, Noah musi być po prostu sobą, czyli teraz trochę odpocząć. Widzę, że spodobało Wam się 'Nie rozmawiaj...' - 128 wyświetleń wow wow wow. Przeżyłam wielki szok, serio. Szkoda, że prawie nikt nie odważył się skomentować. No ale skoro tak się sprawy mają, to właśnie to będzie następne w kolejności, potem wpada smok Saah i jego Charlotte, czyli W Mroku :) Dajcie znać pod spodem czy się podobało!
Pozdrawiam, Nari
<<Poprzednia część Następna część>>
wtorek, 17 czerwca 2014
Legenda Słowika (9)
Co prawda najpierw miałam wstawić WO, ale ta część akurat wychodzi mi póki co tak sztywno i beznadziejnie, że mi samej nie chce się tego czytać. Dlatego przychodzę do Was z Anahi i Kai'em, oraz gdzieś zagubionym, smutnym Noah'em :) Piszę tę notkę około godzinę przed tym jak wyjadę na wycieczkę, w razie gdybym umarła gdzieś po drodze (hahaha) to się o tym na pewno dowiecie :p Ktoś się tym zaopiekuje najpewniej, a jak nie to zrobię temu komuś Paranormal Activity... No nic, rozpisałam się. Zacznijmy z 'tekstem właściwym' !
Stajenny Karol, aż wstrzymał oddech czekając na jej reakcję. Stała tak dosłownie chwilę, nic nieznaczący moment. W końcu niepewnym krokiem ruszyła w stronę klaczy, która obserwowała ją czujnie swymi czarnymi oczami. Kiedy Anahi w końcu podeszła do niej, jakby z wahaniem, położyła rękę na jej pysku kawałek nad chrapami, które rozdęły się chcąc pochwycić jej zapach. Dziewczyna zdziwiona zaśmiała się, a koń parsknął. Wtem odezwał się Kai:
- Nie jest to właściwie do końca angielka. Często nazywamy ją szlachetną półkrwią, z tego powodu iż jej matka była czystym arabem, a ojciec wyścigowym folblutem. Jak widzisz, nie jest zbyt wysoka, żebyś w razie wypadku nie spadała nie wiadomo jak długo i co byś sobie kości nie połamała. Ot, marne metr siedemdziesiąt w kłębie - chłopak zdawał się naprawdę wciągać w to, o czym opowiadał. Musiał kochać te zwierzęta. Jego oczy nabrały łagodnego wyrazu, kiedy patrzył na klaczkę, która podbiegła do niego spokojnie. - Podkłusowała, tak się nazywa ten chód konia. Jak można zauważyć po ojcu odziedziczyła dobrze zbudowaną szyję, suche i zdrowe nogi, a także brak wad postawy. Matka zostawiła jej w spadku maść i szlachetny wygląd pyska. Zachowuje się jak typowa arabska klaczka, jest delikatna, wrażliwa i impulsywna, oraz gdy już się zdenerwuje to bardzo trudno ją uspokoić. Szybko przywiązuje się do swojego jeźdźca, jeśli ten ją dobrze traktuje, prawda maleńka?
Klacz w odpowiedzi zarżała cichutko, a Anahi nabrała coraz to większego przekonania, że ona ich rozumie.
- Oczywiście, że rozumie! Za kogo ty ją masz? - Kai spojrzał na nią ze zdenerwowaniem.
- Nie czytaj mi w myślach, Kai. To, że przez chwilę ci na to pozwoliłam, nie oznacza początku twojej samowolki - westchnęła trochę zmęczona. Dopiero teraz, gdy emocje opadły, poczuła jak naprawdę się czuje.
Wiedziona impulsem podeszła do swojej towarzyszki i przytuliła się do niej. Oba wampiry zamarły na chwilę, lecz gdy klacz nie wierzgnęła, ani nie ugryzła jej, odetchnęli z ulgą. Dziewczynie nagle w głowie zaświtała myśl:
- Nazywa się Bubble Tea, prawda? Dlaczego akurat tak?
- Mój ojciec tak ją nazwał - odpowiedział Kai ostrożnie, jakby niepewny. - Urodziła się akurat wtedy, gdy naprawdę marzył o wynalezieniu musującej herbaty, coś jakby zwykły ziołowy napar i szampan w jednym. Stwierdził, że koniecznie musi mieć tak na imię, inaczej nie spełni się w swoim końskim życiu.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu coś ją rozbawiło. Prosta, lekko pokręcona rzecz, a jak może ucieszyć!
- Więc twój tata jest naukowcem? Czy wynalazcą? Może dwa w jednym? - zaczęła zadawać pytania z prędkością wystrzeliwania pocisków z karabinu maszynowego. Cóż poradzić, kto pyta - nie błądzi.
- Nie można powiedzieć o nim nic dokładnego poza tym, że jest wampirem i jest bardzo stary. Mieszka w Pensylwanii, a raczej pod nią i jest surowym, choć miłosiernym władcą.
- Jak pod Pensylwanią? - zmęczenie dawało się we znaki na tyle, że mogła jedynie wyobrazić sobie starszego pana schowanego pod mapą Europy.
- Ty już lepiej nie myśl, dziewczynko... Pod całym krajem rozciągają się jaskinie i tunele, które stanowią nasze miasteczko. Nasz mały wampirzy kraj, który zwiemy Vampylwanią. Nie komentuj nazwy, nie ja wymyślałem - zastrzegł się Kai, jakby wiedział, że Anahi aż korci, żeby coś powiedzieć. Tak samo wiedział, że to zamknie jej usta.
Kiedy w głuchej ciszy, która nagle zapadła rozbrzmiał dzwonek telefonu wampira, wszyscy jakby się otrząsnęli. Karol bez słowa złapał klacz za uzdę i odprowadził do większego, czarnego ogiera, który swoją drogą wyglądał imponująco. Bardzo władczo. W sam raz jak dla księcia nocnych stworów, postrachu dziewic...
'Tylko bez tego drugiego. Jestem pijawką, a nie pedofilem' czarnowłosy odezwał się obrażonym tonem, cicho na skraju jej świadomości. ' Nie jesteś, nie jesteś. Inaczej już bym miała kłopot!' powiedziała w miarę radośnie, mając nadzieję jakoś go rozchmurzyć, bo po wcześniejszej, rozluźnionej atmosferze nie było ani śladu. 'Dziwne by było, gdybyś go przy mnie nie miała...' Anahi nie była pewna, czy ostatnią wypowiedzieć sobie domyśliła, czy naprawdę usłyszała.
Zastanawiając się o co może chodzić, spojrzała w stronę drzew. Automatycznie szukała błyszczących zielonych ślepi, których niestety nie dojrzała w ciemnościach, co tylko bardziej ją zmartwiło. Nie potrafiła się złościć, nawet nie wiedziała czemu. Czuła potrzebę protekcji tego wilka, choć był od niej dwa, a może i więcej razy silniejszy, szybszy i elastyczniejszy.
Chodziło jej bardziej o ochronę ducha, psychiki. Miała wrażenie, że Noah przeszedł już tyle, że niewiele dzieli go od ostatecznej granicy. Nie chciała się jednak przekonywać co znajduje się za nią, bo wiedziała, że to jest złe. Coś, czego nie chciałaby znać. Nie chciałaby znać jego po poznaniu tego...czegoś.
Chcąc zająć myśli, poszła za Kai'em do salonu. Jednak nie zastała go tam, więc obstawiając, sprawdziła najbardziej prawdopodobne według niej miejsce jego pobytu - kuchnię. Zdziwiło ją to bardziej niż się spodziewała, ale i tam go nie było. Za to z góry zaczęły dobiegać jakieś stuki i puki, które zaniepokoiły dziewczynę.
Jak mogła się spodziewać, zaprowadziły ją one aż pod drzwi jej własnego pokoju. Kiedy zajrzała tam, nieomal wybuchła śmiechem. Kai stał po środku okropnego sajgonu, złożonego z jej ubrań i książek z trzech półek. Minę miał nietęgą, można by rzec, że zmartwioną.
- Nie masz nic odpowiedniego na królewski dwór? No mała, proszę cię. Nie każ mi się załamywać.
- Nie, nie mam - odpowiedziała radośnie. Wydawało jej się to całkiem na miejscu, że cieszy się z jego "nieszczęścia".
- Ładnie, ładnie. Tak życzyć bliźniemu, zobaczysz! Niech cię Bozia pokara - pogroził jej palcem, a ona miała mgliste wrażenie, że tak zawsze mówiła do niej babcia Stella.
- A ty co, nagle taki ideał cnót i moralności? - prychnęła na niego, lecz Kai nie zareagował tak jak chciała. W sumie to nie zareagował w ogóle.
- Tak. Chciałbym być miły i świecić dla ciebie przykładem...
- Chęciami to piekło jest wybrukowane, mój drogi - zaśmiała się szyderczo pod nosem. - Poza tym, póki co to świecisz tylko arogancją.
Zapanowała cisza, kiedy chłopak dalej przeglądał zawartość jej szafy. Rzucił jej wymowne spojrzenie, które wydało jej się bardzo podobne do tego, które skierował wcześniej na Bubble Tea i... tego drugiego, czarnego konia.
- Szafrana, a jest to koń maści karej i rasy fryzyjskiej. Najlepszy ogier z prywatnej hodowli Karolka - pochwalił się Kai. Wyglądało na to, że desperacko pragnął zmienić temat. Anahi nie zamierzała naciskać, nie miała na to siły.
Chwilę potem przejęła się zupełnie czym innym. Ona przecież nie umiała jeździć!
- Dasz radę, instynktownie. Zobaczysz - uśmiechnął się do niej delikatnie. Nie przestał przy tym poszukiwań.
- No nie wiem...- przełknęła ślinę, lekko wystraszona.
Według niej Tea dalej była okropnie wysoka, nie wspominając o Szafranku Kai'a. Na ten wieżowiec to już by nie wsiadła, za żadne skarby świata.
- Wieżowiec? Chciałbym Ci pomóc, ale...
- Przed chwilą powiedziałam ci coś, na temat 'chcę - nie chcę' - parsknęła zniecierpliwiona.
Kai spojrzał na nią jakby z politowaniem i westchnął zmęczony. Ręką przejechał po twarzy i odgarnął do tyłu kosmyk włosów, który zleciał mu na oczy. Jego burzowe tęczówki znów skierowane były na nią. Czuła się oczarowana.
- Jak myślisz, dokąd trafi taki potwór i morderca jak ja? Twój bóg mnie tam nie zechce, gdzie chciałabyś bym trafił.
- Nie jesteś mordercą.
Nie była do końca pewna swoich słów, co musiał wyczuć w krótkiej przerwie pomiędzy jednym, a drugim słowem. Patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy i milczał. Nie komentując jej wypowiedzi, uśmiechnął się. Anahi wiedziała, że był to wymuszony grymas, więc tylko skinęła głową, gdy powiedział.
- Ruszajmy, znajdę ci coś u siebie.
No to do zobaczenia później, ja się muszę zawijać :< Jakoś w środę wracam, w czwartek pewnie dodam kolejne przygody Charlotte i Saah'a. Jeśli są jakieś błędy to przepraszam, bo piszę na szybko, żeby nie zostawiać Was z niczym, moi drodzy! :)
Pa pa!
P.S. Kocham z Was tych, którzy wpadają tu do mnie regularnie <3
<<Poprzednia część Następna część>>
Stajenny Karol, aż wstrzymał oddech czekając na jej reakcję. Stała tak dosłownie chwilę, nic nieznaczący moment. W końcu niepewnym krokiem ruszyła w stronę klaczy, która obserwowała ją czujnie swymi czarnymi oczami. Kiedy Anahi w końcu podeszła do niej, jakby z wahaniem, położyła rękę na jej pysku kawałek nad chrapami, które rozdęły się chcąc pochwycić jej zapach. Dziewczyna zdziwiona zaśmiała się, a koń parsknął. Wtem odezwał się Kai:
- Nie jest to właściwie do końca angielka. Często nazywamy ją szlachetną półkrwią, z tego powodu iż jej matka była czystym arabem, a ojciec wyścigowym folblutem. Jak widzisz, nie jest zbyt wysoka, żebyś w razie wypadku nie spadała nie wiadomo jak długo i co byś sobie kości nie połamała. Ot, marne metr siedemdziesiąt w kłębie - chłopak zdawał się naprawdę wciągać w to, o czym opowiadał. Musiał kochać te zwierzęta. Jego oczy nabrały łagodnego wyrazu, kiedy patrzył na klaczkę, która podbiegła do niego spokojnie. - Podkłusowała, tak się nazywa ten chód konia. Jak można zauważyć po ojcu odziedziczyła dobrze zbudowaną szyję, suche i zdrowe nogi, a także brak wad postawy. Matka zostawiła jej w spadku maść i szlachetny wygląd pyska. Zachowuje się jak typowa arabska klaczka, jest delikatna, wrażliwa i impulsywna, oraz gdy już się zdenerwuje to bardzo trudno ją uspokoić. Szybko przywiązuje się do swojego jeźdźca, jeśli ten ją dobrze traktuje, prawda maleńka?
Klacz w odpowiedzi zarżała cichutko, a Anahi nabrała coraz to większego przekonania, że ona ich rozumie.
- Oczywiście, że rozumie! Za kogo ty ją masz? - Kai spojrzał na nią ze zdenerwowaniem.
- Nie czytaj mi w myślach, Kai. To, że przez chwilę ci na to pozwoliłam, nie oznacza początku twojej samowolki - westchnęła trochę zmęczona. Dopiero teraz, gdy emocje opadły, poczuła jak naprawdę się czuje.
Wiedziona impulsem podeszła do swojej towarzyszki i przytuliła się do niej. Oba wampiry zamarły na chwilę, lecz gdy klacz nie wierzgnęła, ani nie ugryzła jej, odetchnęli z ulgą. Dziewczynie nagle w głowie zaświtała myśl:
- Nazywa się Bubble Tea, prawda? Dlaczego akurat tak?
- Mój ojciec tak ją nazwał - odpowiedział Kai ostrożnie, jakby niepewny. - Urodziła się akurat wtedy, gdy naprawdę marzył o wynalezieniu musującej herbaty, coś jakby zwykły ziołowy napar i szampan w jednym. Stwierdził, że koniecznie musi mieć tak na imię, inaczej nie spełni się w swoim końskim życiu.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu coś ją rozbawiło. Prosta, lekko pokręcona rzecz, a jak może ucieszyć!
- Więc twój tata jest naukowcem? Czy wynalazcą? Może dwa w jednym? - zaczęła zadawać pytania z prędkością wystrzeliwania pocisków z karabinu maszynowego. Cóż poradzić, kto pyta - nie błądzi.
- Nie można powiedzieć o nim nic dokładnego poza tym, że jest wampirem i jest bardzo stary. Mieszka w Pensylwanii, a raczej pod nią i jest surowym, choć miłosiernym władcą.
- Jak pod Pensylwanią? - zmęczenie dawało się we znaki na tyle, że mogła jedynie wyobrazić sobie starszego pana schowanego pod mapą Europy.
- Ty już lepiej nie myśl, dziewczynko... Pod całym krajem rozciągają się jaskinie i tunele, które stanowią nasze miasteczko. Nasz mały wampirzy kraj, który zwiemy Vampylwanią. Nie komentuj nazwy, nie ja wymyślałem - zastrzegł się Kai, jakby wiedział, że Anahi aż korci, żeby coś powiedzieć. Tak samo wiedział, że to zamknie jej usta.
Kiedy w głuchej ciszy, która nagle zapadła rozbrzmiał dzwonek telefonu wampira, wszyscy jakby się otrząsnęli. Karol bez słowa złapał klacz za uzdę i odprowadził do większego, czarnego ogiera, który swoją drogą wyglądał imponująco. Bardzo władczo. W sam raz jak dla księcia nocnych stworów, postrachu dziewic...
'Tylko bez tego drugiego. Jestem pijawką, a nie pedofilem' czarnowłosy odezwał się obrażonym tonem, cicho na skraju jej świadomości. ' Nie jesteś, nie jesteś. Inaczej już bym miała kłopot!' powiedziała w miarę radośnie, mając nadzieję jakoś go rozchmurzyć, bo po wcześniejszej, rozluźnionej atmosferze nie było ani śladu. 'Dziwne by było, gdybyś go przy mnie nie miała...' Anahi nie była pewna, czy ostatnią wypowiedzieć sobie domyśliła, czy naprawdę usłyszała.
Zastanawiając się o co może chodzić, spojrzała w stronę drzew. Automatycznie szukała błyszczących zielonych ślepi, których niestety nie dojrzała w ciemnościach, co tylko bardziej ją zmartwiło. Nie potrafiła się złościć, nawet nie wiedziała czemu. Czuła potrzebę protekcji tego wilka, choć był od niej dwa, a może i więcej razy silniejszy, szybszy i elastyczniejszy.
Chodziło jej bardziej o ochronę ducha, psychiki. Miała wrażenie, że Noah przeszedł już tyle, że niewiele dzieli go od ostatecznej granicy. Nie chciała się jednak przekonywać co znajduje się za nią, bo wiedziała, że to jest złe. Coś, czego nie chciałaby znać. Nie chciałaby znać jego po poznaniu tego...czegoś.
Chcąc zająć myśli, poszła za Kai'em do salonu. Jednak nie zastała go tam, więc obstawiając, sprawdziła najbardziej prawdopodobne według niej miejsce jego pobytu - kuchnię. Zdziwiło ją to bardziej niż się spodziewała, ale i tam go nie było. Za to z góry zaczęły dobiegać jakieś stuki i puki, które zaniepokoiły dziewczynę.
Jak mogła się spodziewać, zaprowadziły ją one aż pod drzwi jej własnego pokoju. Kiedy zajrzała tam, nieomal wybuchła śmiechem. Kai stał po środku okropnego sajgonu, złożonego z jej ubrań i książek z trzech półek. Minę miał nietęgą, można by rzec, że zmartwioną.
- Nie masz nic odpowiedniego na królewski dwór? No mała, proszę cię. Nie każ mi się załamywać.
- Nie, nie mam - odpowiedziała radośnie. Wydawało jej się to całkiem na miejscu, że cieszy się z jego "nieszczęścia".
- Ładnie, ładnie. Tak życzyć bliźniemu, zobaczysz! Niech cię Bozia pokara - pogroził jej palcem, a ona miała mgliste wrażenie, że tak zawsze mówiła do niej babcia Stella.
- A ty co, nagle taki ideał cnót i moralności? - prychnęła na niego, lecz Kai nie zareagował tak jak chciała. W sumie to nie zareagował w ogóle.
- Tak. Chciałbym być miły i świecić dla ciebie przykładem...
- Chęciami to piekło jest wybrukowane, mój drogi - zaśmiała się szyderczo pod nosem. - Poza tym, póki co to świecisz tylko arogancją.
Zapanowała cisza, kiedy chłopak dalej przeglądał zawartość jej szafy. Rzucił jej wymowne spojrzenie, które wydało jej się bardzo podobne do tego, które skierował wcześniej na Bubble Tea i... tego drugiego, czarnego konia.
- Szafrana, a jest to koń maści karej i rasy fryzyjskiej. Najlepszy ogier z prywatnej hodowli Karolka - pochwalił się Kai. Wyglądało na to, że desperacko pragnął zmienić temat. Anahi nie zamierzała naciskać, nie miała na to siły.
Chwilę potem przejęła się zupełnie czym innym. Ona przecież nie umiała jeździć!
- Dasz radę, instynktownie. Zobaczysz - uśmiechnął się do niej delikatnie. Nie przestał przy tym poszukiwań.
- No nie wiem...- przełknęła ślinę, lekko wystraszona.
Według niej Tea dalej była okropnie wysoka, nie wspominając o Szafranku Kai'a. Na ten wieżowiec to już by nie wsiadła, za żadne skarby świata.
- Wieżowiec? Chciałbym Ci pomóc, ale...
- Przed chwilą powiedziałam ci coś, na temat 'chcę - nie chcę' - parsknęła zniecierpliwiona.
Kai spojrzał na nią jakby z politowaniem i westchnął zmęczony. Ręką przejechał po twarzy i odgarnął do tyłu kosmyk włosów, który zleciał mu na oczy. Jego burzowe tęczówki znów skierowane były na nią. Czuła się oczarowana.
- Jak myślisz, dokąd trafi taki potwór i morderca jak ja? Twój bóg mnie tam nie zechce, gdzie chciałabyś bym trafił.
- Nie jesteś mordercą.
Nie była do końca pewna swoich słów, co musiał wyczuć w krótkiej przerwie pomiędzy jednym, a drugim słowem. Patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy i milczał. Nie komentując jej wypowiedzi, uśmiechnął się. Anahi wiedziała, że był to wymuszony grymas, więc tylko skinęła głową, gdy powiedział.
- Ruszajmy, znajdę ci coś u siebie.
No to do zobaczenia później, ja się muszę zawijać :< Jakoś w środę wracam, w czwartek pewnie dodam kolejne przygody Charlotte i Saah'a. Jeśli są jakieś błędy to przepraszam, bo piszę na szybko, żeby nie zostawiać Was z niczym, moi drodzy! :)
Pa pa!
P.S. Kocham z Was tych, którzy wpadają tu do mnie regularnie <3
<<Poprzednia część Następna część>>
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Legenda Słowika (8)
Tak jak obiecałam, dodaję kolejną część dość szybko. Jestem teraz mega szczęśliwa, więc to chyba normalne. Nauka poloneza w toku, trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie połamała sobie nóg na balu :)
Usta Noah były miękkie i ciepłe, co niebywale zaskoczyło dziewczynę. Jej zdaniem trochę wstyd było się przyznać, że całowała się po raz pierwszy. Pocałunek chłopaka smakował troską, radością i czymś słodkim, co trudno było jej nazwać.
Z początku, zdziwiona chciała go odepchnąć, lecz on tylko przyciągnął ją do siebie bliżej i położył jedną rękę u nasady jej karku, a drugą na okolicach krzyża. Klęczeli po środku drogi, na co najwidoczniej tylko Anahi zwróciła większą uwagę. Przez chwilę szamocząc się w jego ramionach, chciała zaprotestować, ale wtedy jego język wślizgnął się pomiędzy jej wargi.
Zdębiała. Teoretycznie rzecz biorąc, wiedziała na czym polega całowanie, ale nie mogła przewidzieć, że będzie to tak dziwne uczucie. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby już dłużej zwracać uwagi na otaczający ją świat. Zatraciła się w tym uczuciu, niebywałym i cudownym, każdą komórką ciała. Pozwoliła mu pogłębić pocałunek, który już z wielkim zapałem oddawała.
Usta Noah były miękkie i ciepłe, co niebywale zaskoczyło dziewczynę. Jej zdaniem trochę wstyd było się przyznać, że całowała się po raz pierwszy. Pocałunek chłopaka smakował troską, radością i czymś słodkim, co trudno było jej nazwać.
Z początku, zdziwiona chciała go odepchnąć, lecz on tylko przyciągnął ją do siebie bliżej i położył jedną rękę u nasady jej karku, a drugą na okolicach krzyża. Klęczeli po środku drogi, na co najwidoczniej tylko Anahi zwróciła większą uwagę. Przez chwilę szamocząc się w jego ramionach, chciała zaprotestować, ale wtedy jego język wślizgnął się pomiędzy jej wargi.
Zdębiała. Teoretycznie rzecz biorąc, wiedziała na czym polega całowanie, ale nie mogła przewidzieć, że będzie to tak dziwne uczucie. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby już dłużej zwracać uwagi na otaczający ją świat. Zatraciła się w tym uczuciu, niebywałym i cudownym, każdą komórką ciała. Pozwoliła mu pogłębić pocałunek, który już z wielkim zapałem oddawała.
piątek, 9 maja 2014
Legenda Słowika (7)
Jako iż wczoraj było tak mało, już dziś dodaję kolejną część :) Coś ostatnio mało osób tu zagląda, ale mam nadzieję, że się rozruszacie! Na początek weekendu (mam nadzieję, że miłego) - trochę czytania :)
Anahi śniąc, marzyła o zamku. Ogromnym, pełnym ludzi. O sukniach i naszyjnikach. O księciu, który będzie jej ukochanym. O bankietach i potajemnych schadzkach w rozległym ogrodzie za pałacem. Były to marzenia małej dziewczynki, którą nie do końca mogła kiedyś być. Dorosła okropnie szybko.
Przedtem podobno była beztroskim i radosnym dzieckiem. Bardzo towarzyskim. Potem jednak wszystko się zmieniło. W czasach, kiedy często przeprowadzała się z rodziną z miejsca na miejsce, ponieważ wielu ludzi napadało na ich domy. Było tak, dopóki ojciec nie zaczął przechowywać drogocennych przedmiotów z różnych krajów, o ogromnym znaczeniu historycznym, w specjalnie założonej do tego celu skrytce. Wtedy dziewczyna zaczęła bać się ludzi.
Anahi śniąc, marzyła o zamku. Ogromnym, pełnym ludzi. O sukniach i naszyjnikach. O księciu, który będzie jej ukochanym. O bankietach i potajemnych schadzkach w rozległym ogrodzie za pałacem. Były to marzenia małej dziewczynki, którą nie do końca mogła kiedyś być. Dorosła okropnie szybko.
Przedtem podobno była beztroskim i radosnym dzieckiem. Bardzo towarzyskim. Potem jednak wszystko się zmieniło. W czasach, kiedy często przeprowadzała się z rodziną z miejsca na miejsce, ponieważ wielu ludzi napadało na ich domy. Było tak, dopóki ojciec nie zaczął przechowywać drogocennych przedmiotów z różnych krajów, o ogromnym znaczeniu historycznym, w specjalnie założonej do tego celu skrytce. Wtedy dziewczyna zaczęła bać się ludzi.
Legenda Słowika (6)
Wreszcie się jej doczekaliście ! Hah, przepraszam, że tak długo to trwało - musiałam przemyśleć dalszą fabułę :) Teraz już wszystko w porządku, więc lecimy z tym dalej. Zapraszam do czytania :3
Idąc przed siebie, wściekle przeklinała świat. Siatki były ciężkie, buty niewygodne i zaczynało się ściemniać, a ona w najlepsze maszerowała przez środek lasu. Nie była nawet w połowie drogi.
'Ja to mam prawo narzekać, a nie on!' pomyślała oburzona. Ze złością postawiła zakupy na środku drogi i usiadła. Nie przejmowała się tym, że może pobrudzić jasne spodnie. Rozmasowywała powoli dłonie, nagle czując się strasznie samotna. Od stosunkowo krótkiego czasu nie była wcale sama. Tęskniła za tym.
Idąc przed siebie, wściekle przeklinała świat. Siatki były ciężkie, buty niewygodne i zaczynało się ściemniać, a ona w najlepsze maszerowała przez środek lasu. Nie była nawet w połowie drogi.
'Ja to mam prawo narzekać, a nie on!' pomyślała oburzona. Ze złością postawiła zakupy na środku drogi i usiadła. Nie przejmowała się tym, że może pobrudzić jasne spodnie. Rozmasowywała powoli dłonie, nagle czując się strasznie samotna. Od stosunkowo krótkiego czasu nie była wcale sama. Tęskniła za tym.
sobota, 3 maja 2014
Legenda Słowika (5)
Zakręcony koniec zakręconego dnia. Jeśli ktoś wie, niech powie mi, jakim cudem ser może wylecieć na zewnątrz szczelnie zamkniętego pudełka? Mój chyba może. Na razie zostawiam Was z roztrzepanym wilkołakiem, humorzastym wampirem i zagubioną dziewczyną :)
Anahi wielkimi oczyma spojrzała na wampira.Wytropił? Ta myśl wydała jej się ekstremalnie absurdalna. Wyobraziła sobie Noah jako psa gończego, na kolanach i z nosem przy ziemi.Dopiero po chwili zorientowała się, że przecież jest wilkołakiem.
- Co ty masz w głowie, dziewczyno - Kai nagle ryknął nieopanowanym śmiechem. Ana zarumieniła się aż po cebulki włosów i wściekła krzyknęła na wampira.
- Miałeś nie czytać moich myśli, idioto!
- Nie mógłbym odmówić sobie takiej przyjemności - dalej zginał się w pół, krztusząc się ze śmiechu.
- Nie przestanie. Przynajmniej dopóki nie nauczysz się go blokować - stwierdził Noah, wyjmując z torebki ostatniego rogalika. Spojrzał na niego z namaszczeniem, tak jak dziewczyna.
Anahi wielkimi oczyma spojrzała na wampira.Wytropił? Ta myśl wydała jej się ekstremalnie absurdalna. Wyobraziła sobie Noah jako psa gończego, na kolanach i z nosem przy ziemi.Dopiero po chwili zorientowała się, że przecież jest wilkołakiem.
- Co ty masz w głowie, dziewczyno - Kai nagle ryknął nieopanowanym śmiechem. Ana zarumieniła się aż po cebulki włosów i wściekła krzyknęła na wampira.
- Miałeś nie czytać moich myśli, idioto!
- Nie mógłbym odmówić sobie takiej przyjemności - dalej zginał się w pół, krztusząc się ze śmiechu.
- Nie przestanie. Przynajmniej dopóki nie nauczysz się go blokować - stwierdził Noah, wyjmując z torebki ostatniego rogalika. Spojrzał na niego z namaszczeniem, tak jak dziewczyna.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Legenda Słowika (4)
Wracam z częścią czwartą Anahi, może dzisiaj dodam jeszcze W Mroku, ale to nie wiem czy nie dopiero pod wieczór. W każdym razie powinno się niedługo pojawić :)
Wielkim rozczarowaniem dla Noah było to, że musieli iść piechotą. Przez połowę, jak dla dziewczyny, niedługiej drogi - marudził.
- Daleko jeszcze?
- Nie - odpowiedziała zdziwiona. Przecież powinien być bardziej wytrzymały od niej.
- Daleko jeszcze? - nieznośnie przeciągał sylaby i brzmiał przez to jak mały, naburmuszony chłopiec.
- Mówię ci, że nie - westchnęła zdenerwowana.
- A ja się ciebie pytam, czy daleko - naśladował jej ton. Jak można tak marudzić? Skojarzył jej się z Osłem ze Shreka. Zaśmiała się ze swoich myśli i żwawiej ruszyła przed siebie. Za sobą usłyszała warknięcie.
- Śmiej się, śmiej. Zobaczymy co będzie później - brzmiał złowieszczo, choć Anahi ani trochę się nie wystraszyła. Burka? Nie dałaby rady.
Wielkim rozczarowaniem dla Noah było to, że musieli iść piechotą. Przez połowę, jak dla dziewczyny, niedługiej drogi - marudził.
- Daleko jeszcze?
- Nie - odpowiedziała zdziwiona. Przecież powinien być bardziej wytrzymały od niej.
- Daleko jeszcze? - nieznośnie przeciągał sylaby i brzmiał przez to jak mały, naburmuszony chłopiec.
- Mówię ci, że nie - westchnęła zdenerwowana.
- A ja się ciebie pytam, czy daleko - naśladował jej ton. Jak można tak marudzić? Skojarzył jej się z Osłem ze Shreka. Zaśmiała się ze swoich myśli i żwawiej ruszyła przed siebie. Za sobą usłyszała warknięcie.
- Śmiej się, śmiej. Zobaczymy co będzie później - brzmiał złowieszczo, choć Anahi ani trochę się nie wystraszyła. Burka? Nie dałaby rady.
środa, 16 kwietnia 2014
Legenda Słowika (3)
No, dzisiaj zamiast uczyć się przed testami, rozplanowywałam co i jak mam napisać... Co tam matematyka :) Wróciłam z trzecią częścią, czytajcie więc, a ja mam nadzieję na komentarze... :( aż głupio jest się o nie upominać co chwila!
Anahi spojrzała przed siebie, mierząc wzrokiem Kai'a i Noah. Chwilę temu skończyli jeść i oboje siedzieli jak trusie, świadomi zamiarów dziewczyny. Ciemnowłosa westchnęła i miała się odezwać, ale uprzedził ją wampir :
-Idę do toalety.
Noah spojrzał na niego podejrzliwie i warknął coś niezrozumiale, ale jego już nie było. Blondyn spojrzał więc na nią, pytając:
- A więc, co chcesz wiedzieć?
- To chyba ja zadaję tu pytania...-odpowiedziała zmieszana.
- To rób to, a nie gapisz się jak szpak w...-urwał nagle. - Nieważne
Anahi spojrzała przed siebie, mierząc wzrokiem Kai'a i Noah. Chwilę temu skończyli jeść i oboje siedzieli jak trusie, świadomi zamiarów dziewczyny. Ciemnowłosa westchnęła i miała się odezwać, ale uprzedził ją wampir :
-Idę do toalety.
Noah spojrzał na niego podejrzliwie i warknął coś niezrozumiale, ale jego już nie było. Blondyn spojrzał więc na nią, pytając:
- A więc, co chcesz wiedzieć?
- To chyba ja zadaję tu pytania...-odpowiedziała zmieszana.
- To rób to, a nie gapisz się jak szpak w...-urwał nagle. - Nieważne
czwartek, 3 kwietnia 2014
Legenda Słowika (2)
Tak więc powracam z dalszą częścią wczorajszego, mam nadzieję, że komuś będzie chciało się to przeczytać :) Nie mam kompletnego pomysłu na tytuł tego opowiadania, chętnie wysłucham pomysłów. No to lecimy dalej, życzę powodzenia w czytaniu (wytrwałości)!
Budząc się rano, Anahi niechętnie rozciągnęła się, czując na biodrze ciężar. Spokojnie opuściła rękę, spodziewając się poczuć miękkie w dotyku futro. Jednak nie natrafiła na znajomy kształt wilczego łba, zamiast tego dotknęła gęstych włosów. Oczywiście jak to z rana, nie orientowała się przez chwilę w sytuacji i dopiero po chwili zrozumiała, że coś jest nie tak. Przez moment - sparaliżowana, nie mogła się ruszyć. 'Co tu się dzieje...' pomyślała. Bez chwili wahania wyskoczyła z łóżka, lądując na twardej podłodze. Na czworaka wczołgała się pod mebel, mając nadzieję, że to tylko zły sen. 'Tak, to musi być sen. Nie mogłam przecież spotkać wilkołaka, a teraz nikt nie leżał ze mną w łóżku. Uszczypnę się w ramię i obudzę. No już.' zacisnęła palce na skórze, tworząc czerwony ślad. Pisnęła cicho z bólu, lecz nic się nie wydarzyło.
Powoli zakryła dłonią usta, przecież to nie jest możliwe. Może była dziwną wersją "Alicji w Krainie Czarów"? 'To jakiś żart? Zaraz, jeśli ja nie śpię, to gdzie jest Noah?' zastanowiła się. Jednak nie miała zielonego pojęcia co się stało. Kojarzenie faktów z rana doprawdy było przereklamowane. Czuła się zmieszana i niewyspana. Myśląc o zaistniałej sytuacji, nie wzięła pod uwagę, że jej wybryki mogły obudzić "gościa". Swoją bezmyślność niemal przypłaciła zawałem, gdy blondwłosa czupryna nagle zajrzała pod łóżko:
-Co ty wyprawiasz?
- K-kim ty jesteś i co robisz w moim łóżku?! - krzyknęła zdenerwowana. Jak on śmie mówić do niej takim tonem, podczas gdy nawet się nie znają.
- Ty amnezji dostałaś nagle, czy jak? To ja, Noah - spojrzał na nią jak na wariatkę.
Dopiero po chwili zauważyła podobieństwo między chłopakiem a wilkiem. Choć jego futro wieczorem było dość krótkie, dało się stwierdzić, że jest jasne. Oczy, z początku czarne, zaczęły barwić się na zielono, o co i tak miała go już wczoraj zapytać.Oczywiście zapomniała i zasnęła. Tak samo on, o piaskowym kolorze włosów i zielonej, figlarnej iskierce w oczach. Teraz juz było wiadomo, że nie ma mowy o pomyłce. Anahi przez chwilę pozwoliła sercu się uspokoić, a następnie odepchnęła głowę Noah i zaczęła wyczołgiwać się spod łóżka. Po chwili zatrzymała ją jedna myśl:
- Ty jesteś wilkołakiem, prawda?
- Owszem, ale nawet nie do końca. Mieszańcem, karykaturą, bękartem, nazywaj to jak chcesz - domyśliła się, że wzruszył ramionami. Zresztą, to nie był temat na chwilę obecną. Póki co interesowało ją coś innego.
- Czy po przemianie... byłeś... czy byłeś?- jedno słowo nie chciało przejść jej przez gardło. Nawet ona miała granice przyzwoitości, a takie pytanie stanowczo je przekraczało. Po chwili niezdecydowanego jąkania się, przyszła jej do głowy kolejna myśl.
- Czy ty jesteś...
- Jestem jaki? - zapytał zadziornie. Patrząc dziewczynie w oczy uśmiechnął się szeroko, ukazując idealnie proste i białe zęby.
Kły były stanowczo ostrzejsze niż u zwykłego człowieka, lecz nie wyglądały strasznie. Noah powoli podniósł się z łóżka, eksponując nieokrytą niczym klatkę piersiową. Co zwróciło uwagę Anahi, to wspaniale wyrzeźbione mięśnie brzucha i brzoskwiniowy odcień skóry, a także ciemna ścieżka idąca w dół brzucha, a prowadząca... prosto pod dresowe spodnie, które miał na sobie. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i usiadła na podłodze.
- Jesteś głupi - zawyrokowała.
- Może głupi, ale i tak ci się podobam - patrzył na nią spod uniesionej brwi, z igrającym na ustach uśmiechem.
Owszem, był przystojny. Nawet bardzo, w sumie to był ucieleśnieniem marzeń dziewczyn w jej wieku. Coś jak młody Adonis... Potrząsnęła stanowczo głową, by wyzbyć się niepotrzebnych myśli, a następnie wstała i przeciągnęła się. Codziennie rano ćwiczyła, przez co nie miała problemów na zajęciach w szkole.
- Jak się przemieniłem to byłem całkowicie nagi - wypalił nagle chłopak. Anahi szczęka opadła do samej podłogi. Obróciła się do niego powoli i otworzyła usta, by sformułować pytanie, które i tak nie przeszło jej przez gardło.
- Tak jak słyszałaś, nie miałem nic na sobie. Pozwoliłem sobie pożyczyć spodnie z pokoju obok - patrząc na jej zszokowaną minę, chłopak wybuchnął śmiechem i nie mógł się opanować przez dłuższą chwilę. Czyżby zdziwiła go jej reakcja? Przecież każdy przyzwoity człowiek wiedziałby, że coś takiego jest...nieprzyzwoite! Z rozbawienia łzy zaczęły płynąć mu po policzkach.
- Czego ty się spodziewałaś? Że mi się samo ubranie uszyje? - Cokolwiek by się miało stać, byłoby lepsze niż świadomość, że leżała koło nagiego faceta. Czuła jak jej twarz zalewa się czerwienią i przygryzła wargę. - Idę się umyć...- skwitowała to szybko i wyszła.
'Rany, nawet nie wiedziałam, że to może być aż tak krępujące' pomyślała. Był to pierwszy raz, kiedy ktoś u niej spał. Nie wspominając o tym, że ten ktoś był chłopakiem. Nie miała koleżanek, zwykle stroniła od towarzystwa. Tak bez powodu. Ludzie ją irytowali, niektórzy nawet samym swoim istnieniem. Od dziecka była inna, ale nie przeszkadzało jej to. Rozmyślała nad tym chwilę. Dopiero teraz zauważyła, że jakimś cudem dogaduje się z Noah. Może to już wcale nie była Anahi Montrey, tylko jakaś inna dziewczyna?
Odsuwając szklane drzwi kabiny, weszła pod prysznic i puściła zimną wodę. Zacisnęła zęby, gdy lodowate bicze chlasnęły jej po plecach. Uniosła twarz i pozwoliła by strumienie płynęły jej po twarzy. Sięgnęła po szampon na półce i umyła głowę. Czynność tę powtórzyła ze dwa razy. Wychodząc spojrzała w lustro. Odbicie nic, a nic się nie zmieniło. Może tylko oczy trochę pojaśniały, rozświetlone dziwnym blaskiem. Poza tym, jej kasztanowe włosy dalej opadały na ramiona i jak zwykle, po kąpieli jeszcze się nie kręciły. Jasna cera pozostała taka sama, nawet z malutkim pieprzykiem pod lewym okiem. Same oczy miały jakby bursztynową barwę, ni to brązowe, ni to zielone, bardziej pomarańczowe. Identyczne jak wcześniej ciało. Niskie, z widocznymi krągłościami, lecz szczupłe. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Dosłownie, dopiero teraz miała wrażenie, że życie jest prawidłowe. 'To dziwne, przecież... Pojawił się tylko Noah' stwierdziła.
Ta przewrotna myśl wydała jej się nie na miejscu. Samo jego pojawienie ile zmieniło w jej życiu. Westchnęła i zaczęła suszyć włosy. Patrząc się w swoje odbicie, szukała czegoś, co powie jej, że jednak jeszcze coś uległo zmianie, że ona się zmieniła. Jednak nic takiego nie znalazła. Była tą samą dziewczyną co dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Wychodząc z łazienki poczuła smakowity zapach. Od razu udała się do pokoju, by odłożyć piżamę i założyć bluzę, rano bywa całkiem zimno. Zresztą, zawsze jest zimno. Kiedy przekroczyła próg pomieszczenia Noah dalej leżał na łóżku, czytając jedną z jej książek. Nie wydawał się nią zbytnio zainteresowany, lecz widocznie nie znalazł nic innego do roboty. Kiedy usłyszał jej kroki, obejrzał się zaciekawiony:
- Ty nie w kuchni? Co na śniadanie?
- Szczerze mówiąc, myślałam, że to ty coś gotujesz...- powiedziała zakłopotana. - Cały ten czas byłam w łazience.
- Ja miałbym gotować? Proszę cię, czy wyobrażasz sobie mnie w roli gosposi? Ja nigdy nie dotykałem się kuchenki i nie mam najmniejszego zamiaru - parsknął, jakby sama myśl o gotowaniu była dla niego rzeczą nie do przyjęcia. Dopiero po chwili zrozumiał sens jej pełnej wypowiedzi. - Zaraz, jak nie ty, to kto ...
Zerwał się na równe nogi i pobiegł na parter. Z braku lepszego pomysłu Anahi popędziła za nim, choć nie miała szans go dogonić. O mały włos nie skręciła karku na schodach, lecz takie "akrobacje" zaowocowały tym, że była w kuchni tylko chwilkę później niż chłopak. Było to pewne, gdyż wpadła na jego szerokie plecy, a następnie odbiła się od nich i upadła na kafelkowaną podłogę, nim usłyszała:
- Kai, cholera jasna, nie spłonąłeś? - w głosie Noah słyszalny był zawód. - Co ty tu robisz? Mogłeś przejść przez próg?
- Oczywiście, że mogłem, idioto. Za kogo ty mnie masz? - odpowiedział mu niski głos, o przyjemnej barwie.
- Mógłbyś wykazać chociaż trochę galanterii, Burku, i pomóc wstać damie, która przez ciebie upadła.
W następnej chwili go ujrzała. Wysoki, o kruczoczarnych włosach i granatowych oczach. Fryzurę miał w nieładzie, jakby dopiero co skończył biegać, a na ustach igrał zagadkowy uśmiech. Ubrany był w czarną koszulę i ciemne jeansy, na co dodatkowo narzucił jej fartuch. Wyglądało to na tyle zabawnie, że Anahi nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem:
- Coś ty za jeden... i co robisz w moim domu?
- Śniadanie - odburknął niezadowolony. - Świetnie pasujecie do siebie z moim sługą, oboje bez taktu. Na szczęście ja taki nie jestem.
Wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać. Był niezwykle silny, choć dotyk jego dłoni okazał się zadziwiająco delikatny. Kiedy już stała na nogach, a on ukłonił jej się głęboko, poczuła się głupio.
- Przepraszam, za moje zachowanie. Po prostu zabawnie wyglądasz w tym fartuszku...- uśmiechnęła się przepraszająco i wyciągnęła do niego rękę. - Anahi Montrey, sto procent człowieka w człowieku. Nieznajomy spojrzał na nią oceniająco i powoli zaczęła żałować, że tak miło go potraktowała.
- Kai Abercathey, pełnokrwisty wampir, dziedzic tronu Pensylwańskiego, najstarszy syn króla Vladimira XVI - uścisnął pewnie jej dłoń, nie zważając na szeroko otwarte w zdumieniu oczy. Rany, skąd to się wszystko wzięło...
Nim dziewczyna zdążyła się zorientować, on przykładał jej nadgarstek do swoich ust. Szarpnęła ręką, a w jej umyśle rozwyła się syrena, piszcząca 'WAMPIR, WAMPIR, WAMPIR'. ' Czy on zamierza mnie ugryźć?' spanikowała. 'Nie, nie zamierza.' usłyszała w odpowiedzi. Jednak to nie była jej myśl. Spojrzała na niego, lecz on był bardziej zajęty oglądaniem jej żył niż rozmową, a Noah nie było nigdzie w jej polu widzenia. 'Czyżby to był mój instynkt?' zdumiała się. 'Twój instynkt przed chwilą wył jak syrena strażacka, nie bądź głupia. Ładnie pachniesz, swoją drogą', dopiero po chwili zorientowała się, że to głos Kai'a. Oskarżycielsko krzyknęła:
- Ty czytasz w moich myślach!
- To chyba oczywiste, jestem wampirem, jak już mówiłem - puścił jej nadgarstek i wrócił do kuchni. Zachowywał się jakby nic się nie stało. Za to Anahi miała ochotę go kopnąć w bardzo wrażliwe miejsce.
Brązowowłosa dysząc ze złości podążyła za nim i ujrzała cudownie nakryty stół. Znajdowały się na nim winogrona, gruszki, jabłka, nawet świeże pieczywo. Na talerzu pośrodku leżały kusząco pachnące naleśniki, a obok stał dzbanek syropu klonowego i pojemnik bitej śmietany. 'Czy on zrobił to wszystko sam?' zapytała sama siebie. 'Owszem, całkiem sam.' poczuła, że mentalnie się do niej uśmiecha. To było okropnie dziwne uczucie, coś jakby poczuć promienie słońca w umyśle. To nawet nie jest możliwe! Jednak musiała przyznać, że to bardzo miłe, takie szczere. Nie było w myślach miejsca na kłamstwo.
- Nie grzeb w mojej głowie. Jak chcesz rozmawiać to na głos, poproszę - burknęła, zasiadając do stołu. Burczało jej w brzuchu, ale chciała zaczekać na chłopaków. Nawet na tą gburowatą, wścibską pijawkę. 'Słyszałem. Zresztą, tak jest wygodniej.' odpowiedział.
- Komu wygodniej, temu wygodniej. Nie zgadzam się na robienie komunikatora z mojej głowy! - Anahi była nieźle zdenerwowana całą tą sytuacją, po śniadaniu będzie trzeba to sobie wyjaśnić. Jednak najpierw zjedzą. Jak to się mówi 'Bierz, póki dają' .
Kiedy wreszcie zapanowała upragniona cisza, a ona przestała czuć czyjąś obecność w swoich myślach, do jadalni wmaszerował zadowolony Noah. Usiadł naprzeciw dziewczyny i zagadnął:
- Nieźle daje w kość, co? Jest okropny, ale w głębi duszy, jeśli ją posiada, jest przyjacielski i zawsze się o wszystkich troszczy.
- Stul pysk, Burku, albo zaraz będziesz sam smażył te naleśniki - odpowiedział mu spokojnie Kai. Nie wydawał się zdenerwowany, a blondyn słysząc to, tylko się zaśmiał.
- Zaraz, zaraz, to ty go wczoraj wołałeś? - zapytała Anahi.
- Owszem, to wszystko było zabawne, dopóki nie zaczęło płonąć lewe skrzydło rezydencji. Noah od zawsze miał zapędy do piromanii - wampir niestrudzenie wysmażał złote placki. Wydawało się, że nic na świecie nie interesuje go bardziej niż one. Może to zresztą była prawda?
- Czemu nazywałeś się jego 'panem'? - ciekawość była jedną z wad dziewczyny, choć niekiedy można to było uznać za zaletę. Tylko niekiedy.
- Ponieważ jest moim sługą? - parsknął Kai, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Nawet bardziej niż to, że niebo jest niebieskie.
- Uratował mi życie i podzielił się ze mną krwią. Jesteśmy jakby związani. Żałuję, że to on, a nie jakaś seksowna wampirzyca...- rozmarzył się Noah. Anahi roześmiała się, widząc jego marzycielską minę.
Przekomarzali się jeszcze chwilę, nim dosiadł się do nich Kai i położył resztę śniadania na stole, dając znak, że można zacząć jeść. Wilkołak najszybciej rzucił się na jedzenie, nakładając sobie od razu kolosalną porcję. Na szczęście było tego wszystkiego dużo i nie istaniała możliwość, by ktoś się nie najadł. Kiedy Ana nakładała naleśniki na talerz, przypomniała sobie co chciała z nimi omówić. W sumie to z nim, bo kiedy przyszło jej to do głowy znała tylko blondwłosego chłopaka, lecz teraz ich grupa trochę się powiększyła. Westchnęła więc:
- Po posiłku chciałabym z wami porozmawiać o wszystkim. Musicie mi wyjaśnić parę rzeczy.
Ta daaa, może żadna rewelacja, ale zawsze coś :D Pamiętajcie o tym, by zostawiać Wasze opinie pod notkami, to zazwyczaj sprawia przyjemność. Więc czekam na jakąś tutaj! Do zobaczenia (przeczytania?) wkrótce
<<Poprzednia część Następna część>>
Budząc się rano, Anahi niechętnie rozciągnęła się, czując na biodrze ciężar. Spokojnie opuściła rękę, spodziewając się poczuć miękkie w dotyku futro. Jednak nie natrafiła na znajomy kształt wilczego łba, zamiast tego dotknęła gęstych włosów. Oczywiście jak to z rana, nie orientowała się przez chwilę w sytuacji i dopiero po chwili zrozumiała, że coś jest nie tak. Przez moment - sparaliżowana, nie mogła się ruszyć. 'Co tu się dzieje...' pomyślała. Bez chwili wahania wyskoczyła z łóżka, lądując na twardej podłodze. Na czworaka wczołgała się pod mebel, mając nadzieję, że to tylko zły sen. 'Tak, to musi być sen. Nie mogłam przecież spotkać wilkołaka, a teraz nikt nie leżał ze mną w łóżku. Uszczypnę się w ramię i obudzę. No już.' zacisnęła palce na skórze, tworząc czerwony ślad. Pisnęła cicho z bólu, lecz nic się nie wydarzyło.
Powoli zakryła dłonią usta, przecież to nie jest możliwe. Może była dziwną wersją "Alicji w Krainie Czarów"? 'To jakiś żart? Zaraz, jeśli ja nie śpię, to gdzie jest Noah?' zastanowiła się. Jednak nie miała zielonego pojęcia co się stało. Kojarzenie faktów z rana doprawdy było przereklamowane. Czuła się zmieszana i niewyspana. Myśląc o zaistniałej sytuacji, nie wzięła pod uwagę, że jej wybryki mogły obudzić "gościa". Swoją bezmyślność niemal przypłaciła zawałem, gdy blondwłosa czupryna nagle zajrzała pod łóżko:
-Co ty wyprawiasz?
- K-kim ty jesteś i co robisz w moim łóżku?! - krzyknęła zdenerwowana. Jak on śmie mówić do niej takim tonem, podczas gdy nawet się nie znają.
- Ty amnezji dostałaś nagle, czy jak? To ja, Noah - spojrzał na nią jak na wariatkę.
Dopiero po chwili zauważyła podobieństwo między chłopakiem a wilkiem. Choć jego futro wieczorem było dość krótkie, dało się stwierdzić, że jest jasne. Oczy, z początku czarne, zaczęły barwić się na zielono, o co i tak miała go już wczoraj zapytać.Oczywiście zapomniała i zasnęła. Tak samo on, o piaskowym kolorze włosów i zielonej, figlarnej iskierce w oczach. Teraz juz było wiadomo, że nie ma mowy o pomyłce. Anahi przez chwilę pozwoliła sercu się uspokoić, a następnie odepchnęła głowę Noah i zaczęła wyczołgiwać się spod łóżka. Po chwili zatrzymała ją jedna myśl:
- Ty jesteś wilkołakiem, prawda?
- Owszem, ale nawet nie do końca. Mieszańcem, karykaturą, bękartem, nazywaj to jak chcesz - domyśliła się, że wzruszył ramionami. Zresztą, to nie był temat na chwilę obecną. Póki co interesowało ją coś innego.
- Czy po przemianie... byłeś... czy byłeś?- jedno słowo nie chciało przejść jej przez gardło. Nawet ona miała granice przyzwoitości, a takie pytanie stanowczo je przekraczało. Po chwili niezdecydowanego jąkania się, przyszła jej do głowy kolejna myśl.
- Czy ty jesteś...
- Jestem jaki? - zapytał zadziornie. Patrząc dziewczynie w oczy uśmiechnął się szeroko, ukazując idealnie proste i białe zęby.
Kły były stanowczo ostrzejsze niż u zwykłego człowieka, lecz nie wyglądały strasznie. Noah powoli podniósł się z łóżka, eksponując nieokrytą niczym klatkę piersiową. Co zwróciło uwagę Anahi, to wspaniale wyrzeźbione mięśnie brzucha i brzoskwiniowy odcień skóry, a także ciemna ścieżka idąca w dół brzucha, a prowadząca... prosto pod dresowe spodnie, które miał na sobie. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i usiadła na podłodze.
- Jesteś głupi - zawyrokowała.
- Może głupi, ale i tak ci się podobam - patrzył na nią spod uniesionej brwi, z igrającym na ustach uśmiechem.
Owszem, był przystojny. Nawet bardzo, w sumie to był ucieleśnieniem marzeń dziewczyn w jej wieku. Coś jak młody Adonis... Potrząsnęła stanowczo głową, by wyzbyć się niepotrzebnych myśli, a następnie wstała i przeciągnęła się. Codziennie rano ćwiczyła, przez co nie miała problemów na zajęciach w szkole.
- Jak się przemieniłem to byłem całkowicie nagi - wypalił nagle chłopak. Anahi szczęka opadła do samej podłogi. Obróciła się do niego powoli i otworzyła usta, by sformułować pytanie, które i tak nie przeszło jej przez gardło.
- Tak jak słyszałaś, nie miałem nic na sobie. Pozwoliłem sobie pożyczyć spodnie z pokoju obok - patrząc na jej zszokowaną minę, chłopak wybuchnął śmiechem i nie mógł się opanować przez dłuższą chwilę. Czyżby zdziwiła go jej reakcja? Przecież każdy przyzwoity człowiek wiedziałby, że coś takiego jest...nieprzyzwoite! Z rozbawienia łzy zaczęły płynąć mu po policzkach.
- Czego ty się spodziewałaś? Że mi się samo ubranie uszyje? - Cokolwiek by się miało stać, byłoby lepsze niż świadomość, że leżała koło nagiego faceta. Czuła jak jej twarz zalewa się czerwienią i przygryzła wargę. - Idę się umyć...- skwitowała to szybko i wyszła.
'Rany, nawet nie wiedziałam, że to może być aż tak krępujące' pomyślała. Był to pierwszy raz, kiedy ktoś u niej spał. Nie wspominając o tym, że ten ktoś był chłopakiem. Nie miała koleżanek, zwykle stroniła od towarzystwa. Tak bez powodu. Ludzie ją irytowali, niektórzy nawet samym swoim istnieniem. Od dziecka była inna, ale nie przeszkadzało jej to. Rozmyślała nad tym chwilę. Dopiero teraz zauważyła, że jakimś cudem dogaduje się z Noah. Może to już wcale nie była Anahi Montrey, tylko jakaś inna dziewczyna?
Odsuwając szklane drzwi kabiny, weszła pod prysznic i puściła zimną wodę. Zacisnęła zęby, gdy lodowate bicze chlasnęły jej po plecach. Uniosła twarz i pozwoliła by strumienie płynęły jej po twarzy. Sięgnęła po szampon na półce i umyła głowę. Czynność tę powtórzyła ze dwa razy. Wychodząc spojrzała w lustro. Odbicie nic, a nic się nie zmieniło. Może tylko oczy trochę pojaśniały, rozświetlone dziwnym blaskiem. Poza tym, jej kasztanowe włosy dalej opadały na ramiona i jak zwykle, po kąpieli jeszcze się nie kręciły. Jasna cera pozostała taka sama, nawet z malutkim pieprzykiem pod lewym okiem. Same oczy miały jakby bursztynową barwę, ni to brązowe, ni to zielone, bardziej pomarańczowe. Identyczne jak wcześniej ciało. Niskie, z widocznymi krągłościami, lecz szczupłe. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Dosłownie, dopiero teraz miała wrażenie, że życie jest prawidłowe. 'To dziwne, przecież... Pojawił się tylko Noah' stwierdziła.
Ta przewrotna myśl wydała jej się nie na miejscu. Samo jego pojawienie ile zmieniło w jej życiu. Westchnęła i zaczęła suszyć włosy. Patrząc się w swoje odbicie, szukała czegoś, co powie jej, że jednak jeszcze coś uległo zmianie, że ona się zmieniła. Jednak nic takiego nie znalazła. Była tą samą dziewczyną co dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Wychodząc z łazienki poczuła smakowity zapach. Od razu udała się do pokoju, by odłożyć piżamę i założyć bluzę, rano bywa całkiem zimno. Zresztą, zawsze jest zimno. Kiedy przekroczyła próg pomieszczenia Noah dalej leżał na łóżku, czytając jedną z jej książek. Nie wydawał się nią zbytnio zainteresowany, lecz widocznie nie znalazł nic innego do roboty. Kiedy usłyszał jej kroki, obejrzał się zaciekawiony:
- Ty nie w kuchni? Co na śniadanie?
- Szczerze mówiąc, myślałam, że to ty coś gotujesz...- powiedziała zakłopotana. - Cały ten czas byłam w łazience.
- Ja miałbym gotować? Proszę cię, czy wyobrażasz sobie mnie w roli gosposi? Ja nigdy nie dotykałem się kuchenki i nie mam najmniejszego zamiaru - parsknął, jakby sama myśl o gotowaniu była dla niego rzeczą nie do przyjęcia. Dopiero po chwili zrozumiał sens jej pełnej wypowiedzi. - Zaraz, jak nie ty, to kto ...
Zerwał się na równe nogi i pobiegł na parter. Z braku lepszego pomysłu Anahi popędziła za nim, choć nie miała szans go dogonić. O mały włos nie skręciła karku na schodach, lecz takie "akrobacje" zaowocowały tym, że była w kuchni tylko chwilkę później niż chłopak. Było to pewne, gdyż wpadła na jego szerokie plecy, a następnie odbiła się od nich i upadła na kafelkowaną podłogę, nim usłyszała:
- Kai, cholera jasna, nie spłonąłeś? - w głosie Noah słyszalny był zawód. - Co ty tu robisz? Mogłeś przejść przez próg?
- Oczywiście, że mogłem, idioto. Za kogo ty mnie masz? - odpowiedział mu niski głos, o przyjemnej barwie.
- Mógłbyś wykazać chociaż trochę galanterii, Burku, i pomóc wstać damie, która przez ciebie upadła.
W następnej chwili go ujrzała. Wysoki, o kruczoczarnych włosach i granatowych oczach. Fryzurę miał w nieładzie, jakby dopiero co skończył biegać, a na ustach igrał zagadkowy uśmiech. Ubrany był w czarną koszulę i ciemne jeansy, na co dodatkowo narzucił jej fartuch. Wyglądało to na tyle zabawnie, że Anahi nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem:
- Coś ty za jeden... i co robisz w moim domu?
- Śniadanie - odburknął niezadowolony. - Świetnie pasujecie do siebie z moim sługą, oboje bez taktu. Na szczęście ja taki nie jestem.
Wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać. Był niezwykle silny, choć dotyk jego dłoni okazał się zadziwiająco delikatny. Kiedy już stała na nogach, a on ukłonił jej się głęboko, poczuła się głupio.
- Przepraszam, za moje zachowanie. Po prostu zabawnie wyglądasz w tym fartuszku...- uśmiechnęła się przepraszająco i wyciągnęła do niego rękę. - Anahi Montrey, sto procent człowieka w człowieku. Nieznajomy spojrzał na nią oceniająco i powoli zaczęła żałować, że tak miło go potraktowała.
- Kai Abercathey, pełnokrwisty wampir, dziedzic tronu Pensylwańskiego, najstarszy syn króla Vladimira XVI - uścisnął pewnie jej dłoń, nie zważając na szeroko otwarte w zdumieniu oczy. Rany, skąd to się wszystko wzięło...
Nim dziewczyna zdążyła się zorientować, on przykładał jej nadgarstek do swoich ust. Szarpnęła ręką, a w jej umyśle rozwyła się syrena, piszcząca 'WAMPIR, WAMPIR, WAMPIR'. ' Czy on zamierza mnie ugryźć?' spanikowała. 'Nie, nie zamierza.' usłyszała w odpowiedzi. Jednak to nie była jej myśl. Spojrzała na niego, lecz on był bardziej zajęty oglądaniem jej żył niż rozmową, a Noah nie było nigdzie w jej polu widzenia. 'Czyżby to był mój instynkt?' zdumiała się. 'Twój instynkt przed chwilą wył jak syrena strażacka, nie bądź głupia. Ładnie pachniesz, swoją drogą', dopiero po chwili zorientowała się, że to głos Kai'a. Oskarżycielsko krzyknęła:
- Ty czytasz w moich myślach!
- To chyba oczywiste, jestem wampirem, jak już mówiłem - puścił jej nadgarstek i wrócił do kuchni. Zachowywał się jakby nic się nie stało. Za to Anahi miała ochotę go kopnąć w bardzo wrażliwe miejsce.
Brązowowłosa dysząc ze złości podążyła za nim i ujrzała cudownie nakryty stół. Znajdowały się na nim winogrona, gruszki, jabłka, nawet świeże pieczywo. Na talerzu pośrodku leżały kusząco pachnące naleśniki, a obok stał dzbanek syropu klonowego i pojemnik bitej śmietany. 'Czy on zrobił to wszystko sam?' zapytała sama siebie. 'Owszem, całkiem sam.' poczuła, że mentalnie się do niej uśmiecha. To było okropnie dziwne uczucie, coś jakby poczuć promienie słońca w umyśle. To nawet nie jest możliwe! Jednak musiała przyznać, że to bardzo miłe, takie szczere. Nie było w myślach miejsca na kłamstwo.
- Nie grzeb w mojej głowie. Jak chcesz rozmawiać to na głos, poproszę - burknęła, zasiadając do stołu. Burczało jej w brzuchu, ale chciała zaczekać na chłopaków. Nawet na tą gburowatą, wścibską pijawkę. 'Słyszałem. Zresztą, tak jest wygodniej.' odpowiedział.
- Komu wygodniej, temu wygodniej. Nie zgadzam się na robienie komunikatora z mojej głowy! - Anahi była nieźle zdenerwowana całą tą sytuacją, po śniadaniu będzie trzeba to sobie wyjaśnić. Jednak najpierw zjedzą. Jak to się mówi 'Bierz, póki dają' .
Kiedy wreszcie zapanowała upragniona cisza, a ona przestała czuć czyjąś obecność w swoich myślach, do jadalni wmaszerował zadowolony Noah. Usiadł naprzeciw dziewczyny i zagadnął:
- Nieźle daje w kość, co? Jest okropny, ale w głębi duszy, jeśli ją posiada, jest przyjacielski i zawsze się o wszystkich troszczy.
- Stul pysk, Burku, albo zaraz będziesz sam smażył te naleśniki - odpowiedział mu spokojnie Kai. Nie wydawał się zdenerwowany, a blondyn słysząc to, tylko się zaśmiał.
- Zaraz, zaraz, to ty go wczoraj wołałeś? - zapytała Anahi.
- Owszem, to wszystko było zabawne, dopóki nie zaczęło płonąć lewe skrzydło rezydencji. Noah od zawsze miał zapędy do piromanii - wampir niestrudzenie wysmażał złote placki. Wydawało się, że nic na świecie nie interesuje go bardziej niż one. Może to zresztą była prawda?
- Czemu nazywałeś się jego 'panem'? - ciekawość była jedną z wad dziewczyny, choć niekiedy można to było uznać za zaletę. Tylko niekiedy.
- Ponieważ jest moim sługą? - parsknął Kai, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Nawet bardziej niż to, że niebo jest niebieskie.
- Uratował mi życie i podzielił się ze mną krwią. Jesteśmy jakby związani. Żałuję, że to on, a nie jakaś seksowna wampirzyca...- rozmarzył się Noah. Anahi roześmiała się, widząc jego marzycielską minę.
Przekomarzali się jeszcze chwilę, nim dosiadł się do nich Kai i położył resztę śniadania na stole, dając znak, że można zacząć jeść. Wilkołak najszybciej rzucił się na jedzenie, nakładając sobie od razu kolosalną porcję. Na szczęście było tego wszystkiego dużo i nie istaniała możliwość, by ktoś się nie najadł. Kiedy Ana nakładała naleśniki na talerz, przypomniała sobie co chciała z nimi omówić. W sumie to z nim, bo kiedy przyszło jej to do głowy znała tylko blondwłosego chłopaka, lecz teraz ich grupa trochę się powiększyła. Westchnęła więc:
- Po posiłku chciałabym z wami porozmawiać o wszystkim. Musicie mi wyjaśnić parę rzeczy.
Ta daaa, może żadna rewelacja, ale zawsze coś :D Pamiętajcie o tym, by zostawiać Wasze opinie pod notkami, to zazwyczaj sprawia przyjemność. Więc czekam na jakąś tutaj! Do zobaczenia (przeczytania?) wkrótce
środa, 2 kwietnia 2014
Legenda Słowika (1)
Witam !
To mój pierwszy blog, który zamierzam traktować na poważnie. Może i nie jestem zbyt cudowna w pisaniu, ale chcę się poprawić i właśnie dlatego to robię :) Z góry przepraszam za błędy i jeśli to możliwe, chcę żeby każdy z Was (czyt. tych, którzy będą to czytać) wytykał mi błędy które zauważy. Was to nie zaboli, mnie tym bardziej nie! Dam coś na próbę już teraz, hope you enjoy it :p
Ludzie zwykle biegają, kiedy się śpieszą. Kiedy przed kimś, bądź czymś uciekają. W sumie, to biega się w dzień, a nie w nocy. Anahi jednak uparcie musiała wymknąć się z domu. Czuła, że umrze z nudów, jeśli kolejną noc przesiedzi w czterech ścianach. Przebywanie na zewnątrz zawsze przynosiło jej ukojenie. Mogła odpocząć i pomyśleć. Na przykład spacerując po lesie, co właśnie miała zamiar zrobić. Bez żadnych obaw wyszła z domu.
Noc była piękna. Księżycowe promienie wyglądały zza korony liści, głaszcząc poszycie. Zatopiona w myślach dziewczyna nie zastanawiała się nad tym gdzie idzie. Świetny wcześniej pomysł, stał się jednym z najgorszych i możliwe, że ostatnich, kiedy niespodziewanie zdała sobie sprawę, że się zgubiła. Błądząc między drzewami wpadła na wielkiego stwora.
To mój pierwszy blog, który zamierzam traktować na poważnie. Może i nie jestem zbyt cudowna w pisaniu, ale chcę się poprawić i właśnie dlatego to robię :) Z góry przepraszam za błędy i jeśli to możliwe, chcę żeby każdy z Was (czyt. tych, którzy będą to czytać) wytykał mi błędy które zauważy. Was to nie zaboli, mnie tym bardziej nie! Dam coś na próbę już teraz, hope you enjoy it :p
Ludzie zwykle biegają, kiedy się śpieszą. Kiedy przed kimś, bądź czymś uciekają. W sumie, to biega się w dzień, a nie w nocy. Anahi jednak uparcie musiała wymknąć się z domu. Czuła, że umrze z nudów, jeśli kolejną noc przesiedzi w czterech ścianach. Przebywanie na zewnątrz zawsze przynosiło jej ukojenie. Mogła odpocząć i pomyśleć. Na przykład spacerując po lesie, co właśnie miała zamiar zrobić. Bez żadnych obaw wyszła z domu.
Noc była piękna. Księżycowe promienie wyglądały zza korony liści, głaszcząc poszycie. Zatopiona w myślach dziewczyna nie zastanawiała się nad tym gdzie idzie. Świetny wcześniej pomysł, stał się jednym z najgorszych i możliwe, że ostatnich, kiedy niespodziewanie zdała sobie sprawę, że się zgubiła. Błądząc między drzewami wpadła na wielkiego stwora.
Subskrybuj:
Posty (Atom)